Pocztówka z Portugalii

Mija już trzeci dzień w Portugalii i muszę przyznać, że jest naprawdę fajnie. Mimo tego, że jesteśmy tutaj chyba najmłodszą parą, w okół ludzie od 40 lat wzwyż. Czuję się trochę jak na wycieczce dla pensjonariuszy. Z Aberdeen wyjechaliśmy w czwartek rano, autobusem do Glasgow. Po prawie 5 godzinach dotarliśmy do lotniska. Co prawda nie przeszkadza mi jazda autobusem, ani nie mam choroby lokomocyjnej, ale po tak długiej jeździe czułem się trochę zmarnowany. Na lotnisku standardowo, odprawa bagażu, kontrola, wejście na pokład. Z początku myślałem, że w samolocie nie będzie dużo ludzi. Jakie było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że samolot jest wypchany po brzegi. Nie było ani jednego wolnego miejsca. I tu niemiła niespodzianka. Na pokładzie temperatura musiała być zbliżona do 30 stopni bo czułem się jak w saunie. No ale cóż. Możliwe, że pilot chciał po prostu przyzwyczaić nas do temperatury w Portugalii.

Szczerze mówiąc nie lubię latać, bo po prostu mnie to nudzi. Wolałbym podróżować drogą lądową bo po zawsze można zobaczyć coś ciekawego. Włączyłem więc film na laptopie i tak zleciały te 3 godziny lotu. W Portugalii przywitała nas piękna pogoda z temperaturą około 14 stopni. Pewnie większości osób mieszkających w Polsce wydałoby się, że jest zimno, ale uwierzcie mi, że mieszkając od kilku lat w zimnej Szkocji, taka temperatura powoduje uczucie przyjemnego ciepła. I tu miłe zaskoczenie. Duży procent mieszkających tu ludzi posługuje się językiem angielskim. Portugalczycy nie są takimi ignorantami jak chociażby paryżanie, którzy używanie języka angielskiego uważają za jakąś karę. Tym razem odprawa paszportowa poszła bez problemu. Jadąc do hotelu poczułem się trochę jak w Polsce, przy drogach bilbordy z reklamami, przydrożne zajazdy z jedzeniem, a przede wszystkim same drogi, które są tak samo dziurawe. Jedyną różnicą były białe domy i napisy w nieznanym mi języku. Po około godzinie jazdy dotarliśmy do hotelu. Hotel ten jest położony nad samą plażą, z kilkoma basenami, restauracją i salą dyskotekową. Jedyny minus to łóżko, na którym po prostu nie da się spać. No ale co poradzić, zawsze musi być jakaś gorsza strona medalu. Wystarczyło jednak położyć materace na podłodze i po sprawie. Po ulokowaniu się w pokoju, troszkę zgłodniali wyruszyliśmy na poszukiwania jakiegoś miejsca na kolacje. I co się okazuje? W Portugalii ciężko jest znaleźć tradycyjną portugalską kuchnię. Dziwne to, i niestety przykre. Zjeść można za to potrawy kuchni indyjskiej, chińskiej, włoskiej, a przede wszystkim o zgrozo kuchni brytyjskiej. Praktycznie w każdym barze oferowane jest “full english breakfast” czy “fish and chips”. Ceny są przeróżne, począwszy od 4.5 euro do nawet 50 i więcej. Idąc w pobliżu restauracji praktycznie nie da się opędzić od naganiaczy starających się za wszelką cenę zaprosić do swojej restauracji. Z początku jest to nawet fajne, ale już po krótkim czasie staje się po prostu męczące.

Na drugi dzień zwlekliśmy się wręcz z łóżka około godziny 8.30. Jest to jedyna rzecz która mnie irytuje tutaj, gdyż aby zjeść śniadanie w hotelowej restauracji trzeba być tam przed 10.30, a szczerze mówiąc czasami chciałbym trochę dłużej pospać. Po śniadaniu poszliśmy do pobliskiego sklepu zrobić zakupy. Okazuje się, że najtańsze są tutaj alkohol i papierosy. Za litrową butelkę regionalnego piwa zapłaciliśmy 1.50 Euro, za paczkę papierosów 3.50 a za butelkę porto niecałe 4 Euro. Nawet szkocka whisky jest tańsza niż w samej Szkocji.
Na popołudnie zaplanowany był rejs wędkarski ale to temat na osobny wpis. Do hotelu wróciliśmy około 19. Trzeba było rozejrzeć się za czymś do jedzenia, bo morze nas trochę wytrzęsło. Znaleźliśmy całkiem przytulną restauracje serwującą kuchnie europejską. Wieczór spędziliśmy na popijaniu winka.

Następnego dnia wyruszyliśmy do centrum Albufeiry. To malownicze miasteczko położone jest nad samym brzegiem morza. I znowu ta porażająca wręcz biel budynków. Ciekawą rzeczą są drzewka cytrusowe rosnące w przydomowych ogródkach jak w Polsce jabłka czy gruszki. Przez ponad 3 godziny przechadzaliśmy się po wąskich uliczkach Albufeiry odwiedzając każdy sklepik z pamiątkami. Szczerze mówiąc ciężko jest w nich znaleźć coś konkretnego związanego z Portugalią. Wizyta na plaży okazała się bardziej owocna, nazbieraliśmy sporo naprawdę ładnych muszli, a przy okazji nie z własnej woli skąpałem się w dość zimnym jeszcze Oceanie Atlantyckim.

Jak do tej pory, wakacje uważam za udane, mogłoby być choć troszkę cieplej, a przynajmniej żeby można było się spokojnie wykąpać w morzu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *