Pocztówka z Maroka cz.2 – Marrakesz.

W centralnej części Maroka leży Marrakesz, o którym mówi się jako o nieoficjalnej stolicy. Obecnie miasto to zamieszkuje ponad 1 milion mieszkańców. Marrakesz powstał w pierwszej połowie XI wieku, początkowo jako niewielka osada berberyjska. Pierwsze mury miejskie zbudowano już w XII wieku. Przetrwały one do dziś w praktycznie nie zmienionej formie. dzamaa al-fnaCentralnym punktem miasta jest plac Dżamaa al-Fina, jest to także największa z tutejszych atrakcji turystycznych. Nie wiadomo jak powstał ten plac ani jego nazwa. Uważa się, że odnosi się ona do handlu niewolnikami lub miejsca gdzie wykonywano karę śmierci. Wieczorami znajdziemy tu stragany restauracyjne, kuglarzy, opowiadaczy historii, zaklinaczy węży lub samozwańczych uzdrowicieli. Z Agadiru do Marrakeszu najlepiej dostać się autobusem. Trzy godziny spędziliśmy w całkiem przyzwoitych warunkach. Krajobrazy, które przewijały się przed naszymi oczami w niczym nie przypominały tego co znamy z Europy. Wszędzie piasek, pustkowie i rachityczne drzewka, które nie wiadomo skąd biorą wodę aby przetrwać. Co jakiś czas widać niskie zabudowania berberyjskich domków.  Oszołomieni tymi widokami nawet się nie zorientowaliśmy kiedy dojechaliśmy do Marrakeszu. Pierwsze wrażenie? Gwar, pełno ludzi, ruch. Normalnie jak na starym kontynencie. Przed stacją oczywiście nie ma problemu ze złapaniem taksówki. Co dziwne pojazdy te mają tutaj inny kolor niż w Agadirze. Za 30 Dirham przejechaliśmy dość spory kawałek ze stacji na główny plac Marrakeszu – Dżamma al-Fina. Pełno ludzi, jedni spacerują, inni sprzedają różne dobra, kobiety namawiają do zrobienia sobie tatuażu z henny, po prostu gwar i harmider.SAM_1554 Idąc tak środkiem placu trafiamy na zaklinaczy węży. Nawet nie zdążyłem się zorientować, kiedy jeden z nich wciągnął mnie do środka, zakładając mi przy okazji niewielkiego węża na szyję. W pierwszym momencie nie miałem pojęcia o co chodzi. Niestety już nie było odwrotu. Szczęściem mając wcześniej do czynienia z tymi gadami, nie obawiałem się o ukąszenie. Obawiałem się za to o co innego. A dokładniej o ile uszczupli się mój portfel. Kasia próbując zrobić mi zdjęcie także została wciągnięta do środka. Koleś zabrał jej aparat i kazał stanąć obok mnie. Moje wcześniejsze obawy potwierdziły się, ta przyjemność kosztowała nas 200 Dirhamów. Niestety tutaj po raz kolejny przychodzi mi na myśl patent na pustą kieszeń. Jak to się ładnie zwykło mawiać, “mądry Polak po szkodzie”. Od tego czasu starannie unikaliśmy takich atrakcji. W Marrakeszu planowaliśmy zostać do następnego ranka. Dzień wcześniej Kasia znalazła  w internecie hostel położony dosłownie kilka minut od centrum. Błądząc w wąskich uliczkach udaliśmy się na poszukiwania. Tu przyszła z pomocą mapka, która zakupiliśmy jeszcze na stacji autobusowej oraz Wi-Fi w jednej z restauracji. Z niemałym trudem w końcu udało się odnaleźć nasz nocleg. Miejsce to naprawdę okazało się przesympatyczne. Na dole znajdował się wspólny salon, po bokach sypialnie w górze przeszklony dach, przez który w nocy widać było gwieździste niebo. Trzeba przyznać, że aranżacja tego miejsca była naprawdę super. Ulokowaliśmy się więc tam bez zbędnego marudzenia, a potem wyruszyliśmy z powrotem ” w miasto”. Tutejsza medyna to praktycznie jeden wielki targ. Niczym się on nie różni od tego w Agadirze, no może poza wspomnianą już wielkością. Przez dłuższy czas błądziliśmy pośród kolorowych straganów z wyrobami z gliny, lampionami, przyprawami, co chwila zaczepiani przez tubylców pytaniem czy czegoś nam nie potrzeba. Wędrując tak doszliśmy do miejsca, w którym stały bryczki. Ich właściciele oferowali przejazdy po okolicy. I tu ciekawostka, niby ceny są przedstawione w cenniku wywieszonym w bryczce, ale….. płaci się nie na początku, tylko po powrocie, czyli tak naprawdę niczego nieświadomy turysta może wpakować się na przysłowiową minę. Jeden z woźnic, którego zapytaliśmy ile taka przyjemność kosztuje był tak natarczywy, że nawet po stanowczej odmowie szedł za nami przez dobre 10 minut o ile nie dłużej. Tutaj muszę otwarcie przyznać, iż natarczywość wszelkiego rodzaju sprzedawców czy naganiaczy zaczęła nas już po prostu irytować.

SAM_1616Tuż obok placu Dżamaa al-Fina znajduje się największy meczet Marrakeszu – Kutubijja, którego budowa rozpoczęła się już w 1147 roku, a zapoczątkował ją sułtan Abd Al-Mumin. Nie można niestety wejść do środka, ale obeszliśmy go dookoła. Zaraz za meczetem znajdują się ogrody, w których wytchnienie można znaleźć w cieniu palm lub drzewek oliwnych.

PalacioElBadi3

Na południe od centrum miasta mieszczą się ruiny pałacu El Badii. Fundatorem tego pięknego przybytku architektonicznego, który powstał w 1578 roku, był Ahmed al-Mansur Az-Zahabi. Wybudowano go z kamienia, cegły mułowej i drewna, zgodnie ze stylem dynastii Sadytów. Sama nazwa “El-Badi” oznacza “Nieporównany” – był to jeden z przydomków Allacha, których w sumie było aż 99. Nieporównany, bo już w czasach swych świetnych początków zasłynął z przepychu. Do samych ruin niestety nie udało się wejść gdyż po prostu dotarliśmy tam za późno. Chodząc jednak po wąskich uliczkach trafiliśmy do dzielnicy Mellah. Jest to dzielnica zamieszkana przez Żydów. Jest to coś w rodzaju getta ogrodzonego murami. Pierwsi Żydzi pojawili się tutaj już w XV wieku. Początkowo był to dla nich przywilej mieszkania tutaj i obrona przed atakami Arabów. Później z postępem kolonizacji i rozrostem populacji zamieniło się w biedne i smutne miejsce. W Mellah znajduje się najstarsza w Maroku Synagoga.

Wieczorami plac Dżamaa al-Fina zamieniał się w jedną wielką restaurację. Na miejscu pojawiały się namioty z ogromnymi grillami serwującymi najróżniejsze potrawy marokańskiej kuchni. Wszędzie palą się światła, ogniska, lampiony, wygląda to naprawdę magicznie. Słychać bicie bębnów, dźwięk piszczałek oraz głosy bajarzy opowiadający przeróżne historie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *